piątek, 30 października 2015
Historia siódma: Brudny Harry - Słodki Johnny
Atos
miał fotel, który systematycznie zjadał, kot miał Atosa, na którym sypiał. Kot
wabił się Słodki Johnny wymiennie z Brudny Harry, która to alternatywna ksywa
przylgnęła do niego w momencie, gdy zamiast kuwety użył mokasyna jednego z
domowników. A zresztą, powiedzmy to otwarcie – mojego mokasyna! Drogiego! I wyjątkowo
wygodnego!
Brudny Harry lubił wyłącznie swojego psa i wędzone szprotki. W rzadkich chwilach
szczególnej życzliwości, umiarkowaną akceptacją darzył również moją małoletnią
wówczas córkę, która w dniu, gdy po raz pierwszy jej nie podrapał,
uszczęśliwiona stwierdziła, że będziemy go nazywać właśnie Słodki Johnny. Ale
to już koniec katalogu sympatii Harrego. Charakter miał trudny i podstępny,
nieustająco parszywy humor i lekceważący stosunek do miru domowego. Któregoś
dnia po prostu się wyprowadził. Wracał od czasu do czasu, ale czynił to wyłącznie
ze względu na chęć ucięcia sobie drzemki na psie, ewentualnie zademonstrowania mi
bitewnych ran, bym mogła je zdezynfekować i opatrzyć, po czym znowu
znikał.
Mam pewne podstawy by podejrzewać, że podjęcie decyzji stojącej w tak jaskrawej
sprzeczności z wrodzonym kotom sybarytyzmem, ułatwił Harremu mój mąż. Ma on
(mąż, rzecz jasna) swoje wady, ale należy przyznać, że dysponuje co najmniej
jedną zaletą - perfekcyjnie potrafi uprać tudzież skompletować swoje skarpetki,
a czyni to regularnie i z wielkim pietyzmem. (Ja tej sztuki nigdy nie
opanowałam. Wrzut do pralki wychodzi mi doskonale, ale na etapie suszenia i chowania,
w moją działalność wkrada się niemożliwy do opanowania chaos, w efekcie którego
w chwili potrzeby rzadko udaje mi się dobrać dwie sztuki zbliżone
kolorystycznie i fakturowo. Niedogodność tę zwykle rozwiązuję wkładając buty z
wyższą cholewką.)
Do konfliktu zbrojnego pomiędzy specyficznie schludnym facetem i osobliwie
schludnym kotem doszło właśnie na tle schludności.
Zamierzaliśmy spędzić wieczór poza domem, więc Brudnemu Harremu również chciałam
zaproponować, aby poimprezował na zewnątrz, bo od czasu bucianej demolki
przestałam mu ufać. Rozejrzałam się. Na Atosie nie było go widać, kłapnęłam
drzwiami lodówki - nie zjawił się po szprotkę, czyli wniosek oczywisty: bryknął cichaczem, tradycyjnie nie informując
o której wróci. Wyszliśmy więc, prosząc wcześniej psa, aby był uprzejmy obudzić
się, gdy nasz dom nawiedzą grasujący w okolicy włamywacze i - jeśliby już do tego doszło - żeby pod
żadnym pozorem nie pomagał im wynosić mojej biżuterii oraz sprzętu
elektronicznego, co z wrodzonej grzeczności skłonny był uczynić.
Wróciliśmy późno, dobytek zastaliśmy nienaruszony (z pewnością dzięki
opatrzności boskiej, a nie psiej czujności), rozeszliśmy się do swoich pokoi. I
w tym momencie z "gabinetu" pana domu dobiegł głos szekspirowski - to
ryczał z bólu ranny łoś. Po sekundzie wspomniany łoś ukazał się w
drzwiach trzymając w wyciągniętej ręce Brudnego Harrego. Harry, nie zważając,
że pozycję "za fraki" każdy szanujący się kot powinien uznać za
upokarzającą, dyndał spokojnie, z wyrazem perfidnego zadowolenia na
nieogolonej mordzie. Nawet finał tej powietrznej przejażdżki - "fru za
okno" - nie wpłynął znacząco na poziom jego, chwilowo dla mnie
niezrozumiałej, satysfakcji.
Z nieartykułowanych dźwięków wydawanych przez mojego męża niewiele byłam w
stanie wywnioskować, jedynie apoplektyczny kolor jego twarzy pozwalał
domniemywać, że musiało dojść do wydarzenia, o dramatyzmie porównywalnym z
efektem zabawy Herostratesa zapałkami. Niewiele się pomyliłam. Okazało się, że
Słodki Johnny, nażarłszy się ponad miarę, postanowił na czas trawienia zająć z góry upatrzoną pozycję. Jego wybór padł na
prywatne metraże pana XY (z którym, nota bene, od dawna miał na pieńku), bo ich
wyposażenie idealnie odpowiadało jego potrzebom - mnóstwo zakamarków, stosy
gazet i różnych takich, interesująco wyglądające pudła i, co najważniejsze,
duży fotel z kupką (sic!) świeżutko upranych skarpet, przygotowanych do segregacji. Gdy natura
przypomniała Słodkiemu Johnny'emu, że czas na skorzystanie z toalety właśnie
nadszedł, kocur na jej zew odpowiedział z entuzjazmem tym większym, że dostrzegł okazję połączenia
przyjemnego z pożytecznym.
Brudny Harry był bowiem pamiętliwy - na drewnianej futrynie drzwi starannie rył
pazurami karby, zliczając w ten sposób przypadki prześladowań, jakie wedle jego
mniemania spotykały go ze strony domowników. Większość nacięć upamiętniała
niegodziwości pana XY- wszystkie
obraźliwe psiki, tupnięcia i zakłócanie sjesty, spędzanej przez Johnny'ego w
szafie, w centralnym punkcie kuchennego stołu albo na desce do prasowania.
"Gwóźdź" tej historii jest tak oczywisty, że właściwie można by o nim
nie wspominać, ale, dla porządku, dopiszę parę szczegółów. Nadmiar szprotek
nieco Brudnemu Harremu zaszkodził. Wykopał więc dołek w pachnącej świeżością
piramidce upranych skarpetek i po wypełnieniu go luźnymi toksynami,
starannie rzeczonymi skarpetkami przysypał. Dla pewności również udeptał, a po
wierzchu przyrzucił podkoszulkiem, który, nieświadom zagrożenia, drzemał
spokojnie na poręczy fotela.
Do momentu, w którym Brudny Harry podjął ostateczną decyzję o emigracji,
stosunki pomiędzy obydwoma panami nieustannie balansowały na granicy krwawej
wojny domowej. Ten większy, który nigdy nie przebolał straty osiemdziesięciu
procent swojej wypielęgnowanej odzieży dolnej, wiele czasu poświęcał na
działania o charakterze ewidentnie rewanżystowskim, a mniejszy starał się nie
pozostać dłużnym.
Historia czwarta: Czesław Miłosz (edytowane w czas pandemii - 02.11.2020)
Tak mi się przypomniało, gdy tylko skończyłam na FB wymianę uwag na temat
skomplikowanej osobowości kocicy imieniem Dzidka. A konkretnie przypomniał mi
się jeden z dwóch kocurów, jakie kiedykolwiek życzyły sobie z nami mieszkać. Reszta, tajemniczym
zrządzeniem losu, zawsze była płci
żeńskiej. Ówże koteł, istota o niezwykle ciekawym życiu wewnętrznym, nosił
imię Czesław Miłosz. Zbieżność imienia i nazwiska z naszym szacownym noblistą, to rzecz absolutnie przypadkowa i nienosząca znamion
lekceważenia! Broń Boże! Po prostu już na pierwszy rzut oka poznałam, że Czesio ma
na imię Czesio, a ponieważ był bardzo
miły, to na drugie przykleił mu się Miłosz.
Czesław pochodził z wielopokoleniowej rodziny dzikich kotów zewnętrznych, o
których mówiłam, że tylko u nas pomieszkują, choć tak naprawdę sama w to nie
wierzyłam – cała czereda panoszyła się bowiem bez umiaru oraz poczucia
przyzwoitości. Poczucie szacunku do człowieka – siebie mam tu na myśli – było
im całkowicie obce, a jego braku doświadczałam codziennie, parkując po pracy
samochód przed domem. Jeszcze nie zdążyłam wyłączyć silnika, a już słyszałam
jak delikwent wyznaczony tego dnia do trzymania wachty, włączał alarm: „Bracia
i siostry! Zbiórka! Garkuchnia przyjechała!” Ale, nic to! Jedźmy dalej.
Czesław Miłosz był jeszcze w pieluchach,
gdy stwierdził, że walka o byt to zajęcie stojące w jaskrawej sprzeczności
z wrodzonym mu pacyfizmem, więc
postanowił się oswoić. Uznawszy, że nie ma się co certolić, bo pogoda niepewna,
niezbędny proces adaptacyjny skrócił do jednego popołudnia. Okazał się istotą
kryształowego charakteru, o dwornych manierach i wdzięcznej posturze, co
pozytywnie wyróżniało go spośród reszty nachalnej zgrai. Jako dziki-oswojony
kot zewnętrzny otrzymał przywilej wolnego wstępu do domu, z czego korzystał z
przyjemnością, lecz bez przesady. Wpadał na chwilkę, poczęstowany
podwieczorkiem lub małym aperitifem zawsze mył po sobie miseczkę, później
pucował własne futerko, dla towarzystwa ucinał krótką drzemkę i znikał po
angielsku. Gdy skończyła się reumatyczna jesień i nastała luta zima, z dobrego
serca zaczął przyprowadzać ze sobą także i przyrodnią, młodszą siostrzyczkę -
Jełopinkę, strasznie niegramotne, spanikowane i roztrzęsione stworzenie.
Jełopinka na widok człowieka zamykała oczka i wciskała główkę pod pachę
Czesława, wierząc, że to najlepszy sposób na osiągnięcie formy pełnej
niewidzialności. Powszechnie przecież wiadomo, że pierwsza zasada filozoficznej
teorii kociego przetrwania brzmi: "Jeśli ja nie widzę ciebie, to i ty mnie
nie widzisz!".
Gdy minęły mrozy przestała towarzyszyć Czesiowi, bo w przeciwieństwie do
starszego braciszka udomowienie uznawała za stan ubezwłasnowolnienia niegodny prawdziwego, dzikiego kota.
Historia trzecia (edytowana w czas pandemii): Święty Antoni a sprawa kocia
Historia trzecia (edytowana w czas pandemii A.D. 2020)
Z powodów, o których głośno nie należy mówić, żeby nie zwariować, zaczęłam szukać jakiegoś inspirującego zajęcia, by nadać mojemu aktualnemu życiu nowych, zdrowych rumieńców.
Pomysłów miałam kilka, w końcu wybrałam jeden. Będę RZUCAĆ! Zaczęłam natychmiast
i od kopa rzuciłam alkohol. Zrobiłam to bez żalu, bo nigdy nie lubiłam ani
nalewki na zielonych orzechach (obrzydliwy syfiur na dolegliwości żołądkowe),
ani nalewki na francuskiej mięcie (obrzydliwy syfiur na dolegliwości
niezdiagnozowane). Poczułam się tym sukcesem mocno zbudowana, więc w następnej
kolejności rzuciłam zakupy w Zarze. Też bez żalu, bo promocja w sklepie online
skończyła się dawno temu, a poza tym ciuchów już nie potrzebuję, wystarczy mi zapas
rolek folii spożywczej – myk, myk zastreczuje się człowiek od stóp do głów i
może jechać po zakupy. Taka teraz moda do dupy niepodobna…
Następnie padło na fajki - parszywie drogie, na opakowaniach turpistyczne rzyg-rzyg
obrazeczki, śmierdzą i na dodatek nie mogę palić przy Ptaszynie, bo mu dym
szkodzi. I już, już miałam to świństwo ciepnąć z rozmachem, gdy przypomniałam
sobie, że kiedyś podjęłam podobną próbę, osiągnęłam połowiczny sukces, a
następnie całościową klęskę. No i zablokowało mnie trochę. Co prawda wina nie leżała
wówczas wyłącznie po mojej stronie, ale
niemiłe uczucie niepowodzenia towarzyszy mi do dziś.
Wspomniane, nikotynowe Waterloo miało miejsce dawno, dawno temu, w odległej
krainie, w czasach, gdy standardowy
skład rodziny rozszerzony był o Bunię – prawie dalmatynkę i bez mała
foksteriera oraz kocura-podrzutka, który okazał się kocicą. Na dodatek tą kocicą
okazał się być tak bardzo, że ku ogólnemu zaskoczeniu wyprodukował sześcioro
kociąt. Gdy tylko niemowlęta nieco
obeschły, C.G.Kocica (kocur nosił imię Ciągle Głodna Kocica , w skrócie C.G.) natychmiast
dokonała ich alokacji z klatki schodowej w naszą prywatną przestrzeń
mieszkalną. Im bardziej maleństwa nabierały sił i masy, tym żwawiej postępowała
ogólnodomowa demolka. Cztery podrostki dość szybko znalazły rodziny zastępcze,
ale pozostała dwójka solidarnie rozdzieliła między siebie przydział ich czynności.
Gdy już pogodziłam się z myślą o nieuchronności remontu generalnego, C.G.
zdecydowała, że ona i dzieci wybierają wolność
na klatce schodowej, ze swobodnym
dostępem do terenów łowieckich oraz zieleni. Odetchnęłam. Każdego ranka
sprawdzałam tylko, czy mi się koci bilans zgadza. Zgadzał się, aż do pewnego
dnia, gdy ze zgrozą przyszło mi stwierdzić: Debet! Totalny debet! Kociąt
zero a nawet minus dwa! Kicianie i przeszukiwanie
krzaków nie przyniosły rezultatu. Pozostało mi tylko jedno – święty
Antoni, niezawodny patron roztargnionych i niespójnych wewnętrznie czyli
mój ulubiony, z którego usług korzystałam często, nieudolnie usiłując nie
nadużywać jego cierpliwości. Pomyślałam sobie jednak: „Jakże to tak! Do
świętego z pustymi rękami inwokację wznosić!? Nie uchodzi!” Porządnej świeczki akurat nie posiadałam, a
ogarek, jak wiadomo, dla kogo innego przeznaczony. Nie miałam wyjścia, musiałam
zaproponować handel wymienny. Skupiłam się więc należycie i
wysłałam do Antoniego czołobitny komunikat: Najmocniej szanownego
Świętego przepraszam, wiem że zawracam głowę, ale sprawa jest paląca! Kocięta
mi wcięło! Dwie nieduże sztuki. Jeśli szanowny Święty byłby łaskaw pomóc mi je
odzyskać, to ja w podzięce przestałabym palić! Stoi? No, to czekam.
Pozdrawiam serdecznie. Amen.
Kolejka petentów do świętego musiała być w tym dniu dość długa, bo zwlekał z odpowiedzią i zwlekał. W końcu
usłyszałam: Idź, ciemna białogłowo do garażu a wyciągnij ze środka sierściuchy swe, które się
tam zadekowały, gdy facet, który jest twoim mężem, wyjeżdżał rano do
pracy. I daj mi wreszcie spokój! No i nie pal!
Uff! Ulżyło mi! Wypuściłam na świat boży parkę głodną jak zając na przednówku i
wywaliłam do kosza zaczętą paczkę papierosów. Umowa to umowa - nie odważyłabym
się kopać z takim cennym wybawicielem. Minęło trochę czasu, ja miałam
świeższy oddech i w płucach mi nie świstało, a kocięta trzymały się grzecznie
domu. Aż tu dnia pewnego wszystko zaczęło się od początku. Maleństwa przepadły!
Garaż sprawdziłam zaraz na wstępie, Antoniemu przypominałam się sugestywnie, wielokrotnie i natarczywie. Ale nic! Żadnej reakcji!
Rozjuszyło mnie to z lekka, bo jak każdy niepalący palacz byłam dość nerwowa, więc
niewiele myśląc walnęłam z grubej
rury: O, kochany święty panie Antoni! Nie tak, psiakość, żeśmy się
umawiali! Ja przestałam palić, a ty mi kotów nie pilnujesz?! Nieładnie!
Nie odpowiedział. Stres ogryzał mnie do gołej kości, więc żeby się ratować , pognałam
do kiosku po L&M, lighty oczywiście, bo czerwone mi szkodzą. I żeby
historię zakończyć dodam, że kocięta wróciły po paru dniach wesolutkie, wypasione i pełne wrażeń.
Za to ja zaliczyłam bolesną wtopę a nawet dwie – nie dość, że wróciłam do
nałogu, to na dodatek święty Antoni nigdy mi nie wybaczył wiarołomstwa. Czasem
jeszcze pomagał, owszem, ale tak na odwal się, na pół gwizdka i bez
entuzjazmu: zapodziałam dokument –
znajdowałam tylko zszywkę, zgubiłam portfel – wracał do mnie bilon oraz skasowany
bilet etc. W końcu nasze kontakty mocno się rozluźniły. Niestety, tym w
świetlistych wianuszkach na głowach nie ma co fikać, nawet, jeśli rzecz
idzie o sprawę kocią. Dlatego rzucenie fajek muszę teraz głęboko przemyśleć. Bo
gdyby tak, nie daj Boże, Ptaszyna zaginął albo Nio się zawieruszyła, albo
Bazylka przepadła to co? Ostatnią kartę przetargową sobie z ręki wytrącę? A
tak, mogę ponownie spróbować negocjacji z Antonim, któremu po latach nerwy już się
być może trochę uspokoiły, a i pamięć z wiekiem osłabła.





