Atos
miał fotel, który systematycznie zjadał, kot miał Atosa, na którym sypiał. Kot
wabił się Słodki Johnny wymiennie z Brudny Harry, która to alternatywna ksywa
przylgnęła do niego w momencie, gdy zamiast kuwety użył mokasyna jednego z
domowników. A zresztą, powiedzmy to otwarcie – mojego mokasyna! Drogiego! I wyjątkowo
wygodnego!
Brudny Harry lubił wyłącznie swojego psa i wędzone szprotki. W rzadkich chwilach
szczególnej życzliwości, umiarkowaną akceptacją darzył również moją małoletnią
wówczas córkę, która w dniu, gdy po raz pierwszy jej nie podrapał,
uszczęśliwiona stwierdziła, że będziemy go nazywać właśnie Słodki Johnny. Ale
to już koniec katalogu sympatii Harrego. Charakter miał trudny i podstępny,
nieustająco parszywy humor i lekceważący stosunek do miru domowego. Któregoś
dnia po prostu się wyprowadził. Wracał od czasu do czasu, ale czynił to wyłącznie
ze względu na chęć ucięcia sobie drzemki na psie, ewentualnie zademonstrowania mi
bitewnych ran, bym mogła je zdezynfekować i opatrzyć, po czym znowu
znikał.
Mam pewne podstawy by podejrzewać, że podjęcie decyzji stojącej w tak jaskrawej
sprzeczności z wrodzonym kotom sybarytyzmem, ułatwił Harremu mój mąż. Ma on
(mąż, rzecz jasna) swoje wady, ale należy przyznać, że dysponuje co najmniej
jedną zaletą - perfekcyjnie potrafi uprać tudzież skompletować swoje skarpetki,
a czyni to regularnie i z wielkim pietyzmem. (Ja tej sztuki nigdy nie
opanowałam. Wrzut do pralki wychodzi mi doskonale, ale na etapie suszenia i chowania,
w moją działalność wkrada się niemożliwy do opanowania chaos, w efekcie którego
w chwili potrzeby rzadko udaje mi się dobrać dwie sztuki zbliżone
kolorystycznie i fakturowo. Niedogodność tę zwykle rozwiązuję wkładając buty z
wyższą cholewką.)
Do konfliktu zbrojnego pomiędzy specyficznie schludnym facetem i osobliwie
schludnym kotem doszło właśnie na tle schludności.
Zamierzaliśmy spędzić wieczór poza domem, więc Brudnemu Harremu również chciałam
zaproponować, aby poimprezował na zewnątrz, bo od czasu bucianej demolki
przestałam mu ufać. Rozejrzałam się. Na Atosie nie było go widać, kłapnęłam
drzwiami lodówki - nie zjawił się po szprotkę, czyli wniosek oczywisty: bryknął cichaczem, tradycyjnie nie informując
o której wróci. Wyszliśmy więc, prosząc wcześniej psa, aby był uprzejmy obudzić
się, gdy nasz dom nawiedzą grasujący w okolicy włamywacze i - jeśliby już do tego doszło - żeby pod
żadnym pozorem nie pomagał im wynosić mojej biżuterii oraz sprzętu
elektronicznego, co z wrodzonej grzeczności skłonny był uczynić.
Wróciliśmy późno, dobytek zastaliśmy nienaruszony (z pewnością dzięki
opatrzności boskiej, a nie psiej czujności), rozeszliśmy się do swoich pokoi. I
w tym momencie z "gabinetu" pana domu dobiegł głos szekspirowski - to
ryczał z bólu ranny łoś. Po sekundzie wspomniany łoś ukazał się w
drzwiach trzymając w wyciągniętej ręce Brudnego Harrego. Harry, nie zważając,
że pozycję "za fraki" każdy szanujący się kot powinien uznać za
upokarzającą, dyndał spokojnie, z wyrazem perfidnego zadowolenia na
nieogolonej mordzie. Nawet finał tej powietrznej przejażdżki - "fru za
okno" - nie wpłynął znacząco na poziom jego, chwilowo dla mnie
niezrozumiałej, satysfakcji.
Z nieartykułowanych dźwięków wydawanych przez mojego męża niewiele byłam w
stanie wywnioskować, jedynie apoplektyczny kolor jego twarzy pozwalał
domniemywać, że musiało dojść do wydarzenia, o dramatyzmie porównywalnym z
efektem zabawy Herostratesa zapałkami. Niewiele się pomyliłam. Okazało się, że
Słodki Johnny, nażarłszy się ponad miarę, postanowił na czas trawienia zająć z góry upatrzoną pozycję. Jego wybór padł na
prywatne metraże pana XY (z którym, nota bene, od dawna miał na pieńku), bo ich
wyposażenie idealnie odpowiadało jego potrzebom - mnóstwo zakamarków, stosy
gazet i różnych takich, interesująco wyglądające pudła i, co najważniejsze,
duży fotel z kupką (sic!) świeżutko upranych skarpet, przygotowanych do segregacji. Gdy natura
przypomniała Słodkiemu Johnny'emu, że czas na skorzystanie z toalety właśnie
nadszedł, kocur na jej zew odpowiedział z entuzjazmem tym większym, że dostrzegł okazję połączenia
przyjemnego z pożytecznym.
Brudny Harry był bowiem pamiętliwy - na drewnianej futrynie drzwi starannie rył
pazurami karby, zliczając w ten sposób przypadki prześladowań, jakie wedle jego
mniemania spotykały go ze strony domowników. Większość nacięć upamiętniała
niegodziwości pana XY- wszystkie
obraźliwe psiki, tupnięcia i zakłócanie sjesty, spędzanej przez Johnny'ego w
szafie, w centralnym punkcie kuchennego stołu albo na desce do prasowania.
"Gwóźdź" tej historii jest tak oczywisty, że właściwie można by o nim
nie wspominać, ale, dla porządku, dopiszę parę szczegółów. Nadmiar szprotek
nieco Brudnemu Harremu zaszkodził. Wykopał więc dołek w pachnącej świeżością
piramidce upranych skarpetek i po wypełnieniu go luźnymi toksynami,
starannie rzeczonymi skarpetkami przysypał. Dla pewności również udeptał, a po
wierzchu przyrzucił podkoszulkiem, który, nieświadom zagrożenia, drzemał
spokojnie na poręczy fotela.
Do momentu, w którym Brudny Harry podjął ostateczną decyzję o emigracji,
stosunki pomiędzy obydwoma panami nieustannie balansowały na granicy krwawej
wojny domowej. Ten większy, który nigdy nie przebolał straty osiemdziesięciu
procent swojej wypielęgnowanej odzieży dolnej, wiele czasu poświęcał na
działania o charakterze ewidentnie rewanżystowskim, a mniejszy starał się nie
pozostać dłużnym.
piątek, 30 października 2015
Historia siódma: Brudny Harry - Słodki Johnny
Historia siódma: Brudny Harry - Słodki Johnny (edytowana w czas pandemii AD 2020; 1 listopada)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz