piątek, 30 października 2015

Historia trzecia (edytowana w czas pandemii): Święty Antoni a sprawa kocia

Historia trzecia (edytowana w czas pandemii A.D. 2020)

Z powodów, o których głośno nie należy mówić, żeby nie zwariować, zaczęłam szukać jakiegoś inspirującego zajęcia,  by nadać mojemu aktualnemu życiu nowych, zdrowych rumieńców. 

Pomysłów miałam kilka, w końcu wybrałam jeden. Będę RZUCAĆ! Zaczęłam natychmiast i od kopa rzuciłam alkohol. Zrobiłam to bez żalu, bo nigdy nie lubiłam ani nalewki na zielonych orzechach (obrzydliwy syfiur na dolegliwości żołądkowe), ani nalewki na francuskiej mięcie (obrzydliwy syfiur na dolegliwości niezdiagnozowane). Poczułam się tym sukcesem mocno zbudowana, więc w następnej kolejności rzuciłam zakupy w Zarze. Też bez żalu, bo promocja w sklepie online skończyła się dawno temu, a poza tym  ciuchów już nie potrzebuję, wystarczy mi zapas rolek folii spożywczej – myk, myk zastreczuje się człowiek od stóp do głów i może jechać po zakupy. Taka teraz moda do dupy niepodobna…
Następnie padło na fajki - parszywie drogie, na opakowaniach turpistyczne rzyg-rzyg obrazeczki, śmierdzą i na dodatek nie mogę palić przy Ptaszynie, bo mu dym szkodzi. I już, już miałam to świństwo ciepnąć z rozmachem, gdy przypomniałam sobie, że kiedyś podjęłam podobną próbę, osiągnęłam połowiczny sukces, a następnie całościową klęskę. No i zablokowało mnie trochę. Co prawda wina nie leżała  wówczas wyłącznie po mojej stronie, ale niemiłe uczucie niepowodzenia towarzyszy mi do dziś.
Wspomniane, nikotynowe Waterloo miało miejsce dawno, dawno temu, w odległej krainie, w czasach, gdy  standardowy skład rodziny rozszerzony był o Bunię – prawie dalmatynkę i bez mała foksteriera oraz kocura-podrzutka, który okazał się kocicą. Na dodatek tą kocicą okazał się być tak bardzo, że ku ogólnemu zaskoczeniu wyprodukował sześcioro kociąt.  Gdy tylko niemowlęta nieco obeschły, C.G.Kocica (kocur nosił imię Ciągle Głodna Kocica , w skrócie C.G.) natychmiast dokonała ich alokacji z klatki schodowej w naszą prywatną przestrzeń mieszkalną. Im bardziej maleństwa nabierały sił i masy, tym żwawiej postępowała ogólnodomowa demolka. Cztery podrostki dość szybko znalazły rodziny zastępcze, ale pozostała dwójka solidarnie rozdzieliła między siebie przydział ich czynności. Gdy już pogodziłam się z myślą o nieuchronności remontu generalnego, C.G. zdecydowała, że ona i dzieci wybierają wolność  na klatce schodowej,  ze swobodnym dostępem do terenów łowieckich oraz zieleni. Odetchnęłam.  Każdego ranka sprawdzałam tylko, czy mi się koci bilans zgadza. Zgadzał się, aż do pewnego dnia, gdy ze zgrozą przyszło mi stwierdzić:  Debet! Totalny debet! Kociąt zero a nawet minus dwa!  Kicianie i przeszukiwanie krzaków nie przyniosły rezultatu. Pozostało mi tylko jedno – święty Antoni,  niezawodny patron roztargnionych i niespójnych wewnętrznie czyli mój ulubiony, z którego usług korzystałam często, nieudolnie usiłując  nie nadużywać jego cierpliwości. Pomyślałam sobie jednak: „Jakże to tak! Do świętego z pustymi rękami inwokację wznosić!?  Nie uchodzi!”  Porządnej świeczki akurat nie posiadałam, a ogarek, jak wiadomo, dla kogo innego przeznaczony. Nie miałam wyjścia, musiałam zaproponować  handel wymienny. Skupiłam się więc  należycie i wysłałam  do Antoniego czołobitny komunikat: Najmocniej szanownego Świętego przepraszam, wiem że zawracam głowę, ale sprawa jest paląca! Kocięta mi wcięło! Dwie nieduże sztuki. Jeśli szanowny Święty byłby łaskaw pomóc mi je odzyskać, to ja w podzięce przestałabym palić! Stoi? No, to czekam. Pozdrawiam serdecznie. Amen.
Kolejka petentów do świętego musiała być w tym dniu dość długa, bo zwlekał  z odpowiedzią i zwlekał. W końcu usłyszałam:  Idź, ciemna białogłowo do garażu a  wyciągnij ze środka sierściuchy swe, które się tam zadekowały, gdy  facet, który jest twoim mężem, wyjeżdżał rano do pracy. I daj mi wreszcie spokój! No i nie pal!
Uff! Ulżyło mi! Wypuściłam na świat boży parkę głodną jak zając na przednówku i wywaliłam do kosza zaczętą paczkę papierosów. Umowa to umowa - nie odważyłabym się kopać z takim cennym wybawicielem. Minęło trochę czasu,  ja miałam świeższy oddech i w płucach mi nie świstało, a kocięta trzymały się grzecznie domu. Aż tu dnia pewnego wszystko zaczęło się od początku. Maleństwa przepadły! Garaż sprawdziłam zaraz na wstępie, Antoniemu przypominałam się sugestywnie, wielokrotnie  i natarczywie.  Ale nic! Żadnej reakcji!  Rozjuszyło mnie to z lekka, bo jak każdy niepalący palacz byłam dość nerwowa, więc niewiele myśląc walnęłam  z grubej rury: O, kochany święty panie Antoni! Nie tak, psiakość, żeśmy się umawiali! Ja przestałam palić, a ty mi kotów nie pilnujesz?! Nieładnie! 
Nie odpowiedział. Stres ogryzał mnie do gołej kości, więc żeby się ratować , pognałam do kiosku po L&M, lighty oczywiście, bo czerwone mi szkodzą. I żeby historię zakończyć dodam, że kocięta wróciły po paru  dniach wesolutkie, wypasione i pełne wrażeń. Za to ja zaliczyłam bolesną wtopę a nawet dwie – nie dość, że wróciłam do nałogu, to na dodatek święty Antoni nigdy mi nie wybaczył wiarołomstwa. Czasem jeszcze pomagał, owszem, ale tak na odwal się,  na pół gwizdka i bez entuzjazmu:  zapodziałam dokument – znajdowałam tylko zszywkę, zgubiłam portfel – wracał do mnie bilon oraz skasowany bilet etc. W końcu nasze kontakty mocno się rozluźniły. Niestety, tym w świetlistych wianuszkach na głowach  nie ma co fikać, nawet, jeśli rzecz idzie o sprawę kocią. Dlatego rzucenie fajek muszę teraz głęboko przemyśleć. Bo gdyby tak, nie daj Boże, Ptaszyna zaginął albo Nio się zawieruszyła, albo Bazylka przepadła to co? Ostatnią kartę przetargową sobie z ręki wytrącę? A tak, mogę ponownie spróbować negocjacji z Antonim, któremu po latach nerwy już się być może trochę uspokoiły, a i pamięć z wiekiem osłabła.


To zdjęcie czysto poglądowe. Koteły, owszem - moje, ale z innych czasów i od innej mamusi. Tyle, że ich liczba się zgadza - duża liczba.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz