Historia trzecia (edytowana w czas pandemii A.D. 2020)
Z powodów, o których głośno nie należy mówić, żeby nie zwariować, zaczęłam szukać jakiegoś inspirującego zajęcia, by nadać mojemu aktualnemu życiu nowych, zdrowych rumieńców.
Pomysłów miałam kilka, w końcu wybrałam jeden. Będę RZUCAĆ! Zaczęłam natychmiast
i od kopa rzuciłam alkohol. Zrobiłam to bez żalu, bo nigdy nie lubiłam ani
nalewki na zielonych orzechach (obrzydliwy syfiur na dolegliwości żołądkowe),
ani nalewki na francuskiej mięcie (obrzydliwy syfiur na dolegliwości
niezdiagnozowane). Poczułam się tym sukcesem mocno zbudowana, więc w następnej
kolejności rzuciłam zakupy w Zarze. Też bez żalu, bo promocja w sklepie online
skończyła się dawno temu, a poza tym ciuchów już nie potrzebuję, wystarczy mi zapas
rolek folii spożywczej – myk, myk zastreczuje się człowiek od stóp do głów i
może jechać po zakupy. Taka teraz moda do dupy niepodobna…
Następnie padło na fajki - parszywie drogie, na opakowaniach turpistyczne rzyg-rzyg
obrazeczki, śmierdzą i na dodatek nie mogę palić przy Ptaszynie, bo mu dym
szkodzi. I już, już miałam to świństwo ciepnąć z rozmachem, gdy przypomniałam
sobie, że kiedyś podjęłam podobną próbę, osiągnęłam połowiczny sukces, a
następnie całościową klęskę. No i zablokowało mnie trochę. Co prawda wina nie leżała
wówczas wyłącznie po mojej stronie, ale
niemiłe uczucie niepowodzenia towarzyszy mi do dziś.
Wspomniane, nikotynowe Waterloo miało miejsce dawno, dawno temu, w odległej
krainie, w czasach, gdy standardowy
skład rodziny rozszerzony był o Bunię – prawie dalmatynkę i bez mała
foksteriera oraz kocura-podrzutka, który okazał się kocicą. Na dodatek tą kocicą
okazał się być tak bardzo, że ku ogólnemu zaskoczeniu wyprodukował sześcioro
kociąt. Gdy tylko niemowlęta nieco
obeschły, C.G.Kocica (kocur nosił imię Ciągle Głodna Kocica , w skrócie C.G.) natychmiast
dokonała ich alokacji z klatki schodowej w naszą prywatną przestrzeń
mieszkalną. Im bardziej maleństwa nabierały sił i masy, tym żwawiej postępowała
ogólnodomowa demolka. Cztery podrostki dość szybko znalazły rodziny zastępcze,
ale pozostała dwójka solidarnie rozdzieliła między siebie przydział ich czynności.
Gdy już pogodziłam się z myślą o nieuchronności remontu generalnego, C.G.
zdecydowała, że ona i dzieci wybierają wolność
na klatce schodowej, ze swobodnym
dostępem do terenów łowieckich oraz zieleni. Odetchnęłam. Każdego ranka
sprawdzałam tylko, czy mi się koci bilans zgadza. Zgadzał się, aż do pewnego
dnia, gdy ze zgrozą przyszło mi stwierdzić: Debet! Totalny debet! Kociąt
zero a nawet minus dwa! Kicianie i przeszukiwanie
krzaków nie przyniosły rezultatu. Pozostało mi tylko jedno – święty
Antoni, niezawodny patron roztargnionych i niespójnych wewnętrznie czyli
mój ulubiony, z którego usług korzystałam często, nieudolnie usiłując nie
nadużywać jego cierpliwości. Pomyślałam sobie jednak: „Jakże to tak! Do
świętego z pustymi rękami inwokację wznosić!? Nie uchodzi!” Porządnej świeczki akurat nie posiadałam, a
ogarek, jak wiadomo, dla kogo innego przeznaczony. Nie miałam wyjścia, musiałam
zaproponować handel wymienny. Skupiłam się więc należycie i
wysłałam do Antoniego czołobitny komunikat: Najmocniej szanownego
Świętego przepraszam, wiem że zawracam głowę, ale sprawa jest paląca! Kocięta
mi wcięło! Dwie nieduże sztuki. Jeśli szanowny Święty byłby łaskaw pomóc mi je
odzyskać, to ja w podzięce przestałabym palić! Stoi? No, to czekam.
Pozdrawiam serdecznie. Amen.
Kolejka petentów do świętego musiała być w tym dniu dość długa, bo zwlekał z odpowiedzią i zwlekał. W końcu
usłyszałam: Idź, ciemna białogłowo do garażu a wyciągnij ze środka sierściuchy swe, które się
tam zadekowały, gdy facet, który jest twoim mężem, wyjeżdżał rano do
pracy. I daj mi wreszcie spokój! No i nie pal!
Uff! Ulżyło mi! Wypuściłam na świat boży parkę głodną jak zając na przednówku i
wywaliłam do kosza zaczętą paczkę papierosów. Umowa to umowa - nie odważyłabym
się kopać z takim cennym wybawicielem. Minęło trochę czasu, ja miałam
świeższy oddech i w płucach mi nie świstało, a kocięta trzymały się grzecznie
domu. Aż tu dnia pewnego wszystko zaczęło się od początku. Maleństwa przepadły!
Garaż sprawdziłam zaraz na wstępie, Antoniemu przypominałam się sugestywnie, wielokrotnie i natarczywie. Ale nic! Żadnej reakcji!
Rozjuszyło mnie to z lekka, bo jak każdy niepalący palacz byłam dość nerwowa, więc
niewiele myśląc walnęłam z grubej
rury: O, kochany święty panie Antoni! Nie tak, psiakość, żeśmy się
umawiali! Ja przestałam palić, a ty mi kotów nie pilnujesz?! Nieładnie!
Nie odpowiedział. Stres ogryzał mnie do gołej kości, więc żeby się ratować , pognałam
do kiosku po L&M, lighty oczywiście, bo czerwone mi szkodzą. I żeby
historię zakończyć dodam, że kocięta wróciły po paru dniach wesolutkie, wypasione i pełne wrażeń.
Za to ja zaliczyłam bolesną wtopę a nawet dwie – nie dość, że wróciłam do
nałogu, to na dodatek święty Antoni nigdy mi nie wybaczył wiarołomstwa. Czasem
jeszcze pomagał, owszem, ale tak na odwal się, na pół gwizdka i bez
entuzjazmu: zapodziałam dokument –
znajdowałam tylko zszywkę, zgubiłam portfel – wracał do mnie bilon oraz skasowany
bilet etc. W końcu nasze kontakty mocno się rozluźniły. Niestety, tym w
świetlistych wianuszkach na głowach nie ma co fikać, nawet, jeśli rzecz
idzie o sprawę kocią. Dlatego rzucenie fajek muszę teraz głęboko przemyśleć. Bo
gdyby tak, nie daj Boże, Ptaszyna zaginął albo Nio się zawieruszyła, albo
Bazylka przepadła to co? Ostatnią kartę przetargową sobie z ręki wytrącę? A
tak, mogę ponownie spróbować negocjacji z Antonim, któremu po latach nerwy już się
być może trochę uspokoiły, a i pamięć z wiekiem osłabła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz