piątek, 30 października 2015

Historia ósma: Wrednosia, Krateczka i Mizerota w trzech odsłonach bez epilogu


Historia siódma: Brudny Harry - Słodki Johnny

Historia siódma: Brudny Harry - Słodki Johnny (edytowana w czas pandemii AD 2020; 1 listopada)

Atos miał fotel, który systematycznie zjadał, kot miał Atosa, na którym sypiał. Kot wabił się Słodki Johnny wymiennie z Brudny Harry, która to alternatywna ksywa przylgnęła do niego w momencie, gdy zamiast kuwety użył mokasyna jednego z domowników. A zresztą, powiedzmy to otwarcie –  mojego mokasyna! Drogiego! I wyjątkowo wygodnego! 
Brudny Harry lubił wyłącznie swojego psa i wędzone szprotki. W rzadkich chwilach szczególnej życzliwości, umiarkowaną akceptacją darzył również moją małoletnią wówczas córkę, która w dniu, gdy po raz pierwszy jej nie podrapał, uszczęśliwiona stwierdziła, że będziemy go nazywać właśnie Słodki Johnny. Ale to już koniec katalogu sympatii Harrego. Charakter miał trudny i podstępny, nieustająco parszywy humor i lekceważący stosunek do miru domowego. Któregoś dnia po prostu się wyprowadził. Wracał od czasu do czasu, ale czynił to wyłącznie ze względu na chęć ucięcia sobie drzemki na psie, ewentualnie zademonstrowania mi bitewnych ran, bym mogła je zdezynfekować i opatrzyć, po czym znowu znikał. 
Mam pewne podstawy by podejrzewać, że podjęcie decyzji stojącej w tak jaskrawej sprzeczności z wrodzonym kotom sybarytyzmem, ułatwił Harremu mój mąż. Ma on (mąż, rzecz jasna) swoje wady, ale należy przyznać, że dysponuje co najmniej jedną zaletą - perfekcyjnie potrafi uprać tudzież skompletować swoje skarpetki, a czyni to regularnie i z wielkim pietyzmem. (Ja tej sztuki nigdy nie opanowałam. Wrzut do pralki wychodzi mi doskonale, ale na etapie suszenia i chowania, w moją działalność wkrada się niemożliwy do opanowania chaos, w efekcie którego w chwili potrzeby rzadko udaje mi się dobrać dwie sztuki zbliżone kolorystycznie i fakturowo. Niedogodność tę zwykle rozwiązuję wkładając buty z wyższą cholewką.) 
Do konfliktu zbrojnego pomiędzy specyficznie schludnym facetem i osobliwie schludnym kotem doszło właśnie na tle schludności. 
Zamierzaliśmy spędzić wieczór poza domem, więc Brudnemu Harremu również chciałam zaproponować, aby poimprezował na zewnątrz, bo od czasu bucianej demolki przestałam mu ufać. Rozejrzałam się. Na Atosie nie było go widać, kłapnęłam drzwiami lodówki - nie zjawił się po szprotkę, czyli wniosek oczywisty:  bryknął cichaczem, tradycyjnie nie informując o której wróci. Wyszliśmy więc, prosząc wcześniej psa, aby był uprzejmy obudzić się, gdy nasz dom nawiedzą grasujący w okolicy włamywacze  i - jeśliby już do tego doszło - żeby pod żadnym pozorem nie pomagał im wynosić mojej biżuterii oraz sprzętu elektronicznego, co z wrodzonej grzeczności skłonny był uczynić. 
Wróciliśmy późno, dobytek zastaliśmy nienaruszony (z pewnością dzięki opatrzności boskiej, a nie psiej czujności), rozeszliśmy się do swoich pokoi. I w tym momencie z "gabinetu" pana domu dobiegł głos szekspirowski - to ryczał z bólu ranny łoś. Po sekundzie wspomniany łoś  ukazał się w drzwiach trzymając w wyciągniętej ręce Brudnego Harrego. Harry, nie zważając, że pozycję "za fraki" każdy szanujący się kot powinien uznać za upokarzającą, dyndał spokojnie, z wyrazem perfidnego zadowolenia  na nieogolonej mordzie. Nawet finał tej powietrznej przejażdżki - "fru za okno" - nie wpłynął znacząco na poziom jego, chwilowo dla mnie niezrozumiałej, satysfakcji. 
Z nieartykułowanych dźwięków wydawanych przez mojego męża niewiele byłam w stanie wywnioskować, jedynie apoplektyczny kolor jego twarzy pozwalał domniemywać, że musiało dojść do wydarzenia, o dramatyzmie porównywalnym z efektem zabawy Herostratesa zapałkami. Niewiele się pomyliłam. Okazało się, że Słodki Johnny, nażarłszy się ponad miarę, postanowił na czas trawienia zająć  z góry upatrzoną pozycję. Jego wybór padł na prywatne metraże pana XY (z którym, nota bene, od dawna miał na pieńku), bo ich wyposażenie idealnie odpowiadało jego potrzebom - mnóstwo zakamarków, stosy gazet i różnych takich, interesująco wyglądające pudła i, co najważniejsze, duży fotel z kupką (sic!) świeżutko upranych skarpet,  przygotowanych do segregacji. Gdy natura przypomniała Słodkiemu Johnny'emu, że czas na skorzystanie z toalety właśnie nadszedł, kocur na jej zew odpowiedział z entuzjazmem  tym większym, że dostrzegł okazję połączenia przyjemnego z pożytecznym. 
Brudny Harry był bowiem pamiętliwy - na drewnianej futrynie drzwi starannie rył pazurami karby, zliczając w ten sposób przypadki prześladowań, jakie wedle jego mniemania spotykały go ze strony domowników. Większość nacięć upamiętniała niegodziwości  pana XY- wszystkie obraźliwe psiki, tupnięcia i zakłócanie sjesty, spędzanej przez Johnny'ego w szafie, w centralnym punkcie kuchennego stołu albo na desce do prasowania. "Gwóźdź" tej historii jest tak oczywisty, że właściwie można by o nim nie wspominać, ale, dla porządku, dopiszę parę szczegółów. Nadmiar szprotek nieco Brudnemu Harremu zaszkodził. Wykopał więc dołek w pachnącej świeżością piramidce upranych skarpetek i po wypełnieniu go luźnymi toksynami, starannie rzeczonymi skarpetkami przysypał. Dla pewności również udeptał, a po wierzchu przyrzucił podkoszulkiem, który, nieświadom zagrożenia, drzemał spokojnie na poręczy fotela. 
Do momentu, w którym Brudny Harry podjął ostateczną decyzję o emigracji, stosunki pomiędzy obydwoma panami nieustannie balansowały na granicy krwawej wojny domowej. Ten większy, który nigdy nie przebolał straty osiemdziesięciu procent swojej wypielęgnowanej odzieży dolnej, wiele czasu poświęcał na działania o charakterze ewidentnie rewanżystowskim, a mniejszy starał się nie pozostać dłużnym.


Historia szósta z epilogiem: Wrednosia, Krateczka i stara szafa

edit

Historia piąta: Wrednosia

W edycji.

Historia czwarta: Czesław Miłosz (edytowane w czas pandemii - 02.11.2020)

Tak mi się przypomniało, gdy  tylko skończyłam na FB wymianę uwag na temat skomplikowanej osobowości kocicy imieniem Dzidka. A konkretnie przypomniał mi się jeden z dwóch kocurów, jakie kiedykolwiek życzyły sobie z  nami mieszkać. Reszta, tajemniczym zrządzeniem losu, zawsze była płci  żeńskiej. Ówże koteł, istota o niezwykle ciekawym życiu wewnętrznym, nosił imię Czesław Miłosz. Zbieżność imienia i nazwiska z naszym szacownym noblistą,  to rzecz  absolutnie przypadkowa i nienosząca znamion lekceważenia!  Broń Boże! Po prostu  już na pierwszy rzut oka poznałam, że Czesio ma na imię  Czesio, a ponieważ był bardzo miły, to na drugie przykleił mu się Miłosz. 
Czesław pochodził z wielopokoleniowej rodziny dzikich kotów zewnętrznych, o których mówiłam, że tylko u nas pomieszkują, choć tak naprawdę sama w to nie wierzyłam – cała czereda panoszyła się bowiem bez umiaru oraz poczucia przyzwoitości. Poczucie szacunku do człowieka – siebie mam tu na myśli – było im całkowicie obce, a jego braku doświadczałam codziennie, parkując po pracy samochód przed domem. Jeszcze nie zdążyłam wyłączyć silnika, a już słyszałam jak delikwent wyznaczony tego dnia do trzymania wachty, włączał alarm: „Bracia i siostry! Zbiórka! Garkuchnia przyjechała!” Ale, nic to! Jedźmy dalej.
 Czesław Miłosz był jeszcze w pieluchach, gdy stwierdził, że walka o byt to zajęcie stojące w jaskrawej sprzeczności z  wrodzonym mu pacyfizmem, więc postanowił się oswoić. Uznawszy, że nie ma się co certolić, bo pogoda niepewna, niezbędny proces adaptacyjny skrócił do jednego popołudnia. Okazał się istotą kryształowego charakteru, o dwornych manierach i wdzięcznej posturze, co pozytywnie wyróżniało go spośród reszty nachalnej zgrai. Jako dziki-oswojony kot zewnętrzny otrzymał przywilej wolnego wstępu do domu, z czego korzystał z przyjemnością, lecz bez przesady. Wpadał na chwilkę, poczęstowany podwieczorkiem lub małym aperitifem zawsze mył po sobie miseczkę, później pucował własne futerko, dla towarzystwa ucinał krótką drzemkę i znikał po angielsku. Gdy skończyła się reumatyczna jesień i nastała luta zima, z dobrego serca zaczął przyprowadzać ze sobą także i przyrodnią, młodszą siostrzyczkę - Jełopinkę, strasznie niegramotne, spanikowane i roztrzęsione stworzenie. Jełopinka na widok człowieka zamykała oczka i wciskała główkę pod pachę Czesława, wierząc, że to najlepszy sposób na osiągnięcie formy pełnej niewidzialności. Powszechnie przecież wiadomo, że pierwsza zasada filozoficznej teorii kociego przetrwania brzmi: "Jeśli ja nie widzę ciebie, to i ty mnie nie widzisz!".
Gdy minęły mrozy przestała towarzyszyć Czesiowi, bo w przeciwieństwie do starszego braciszka udomowienie uznawała za stan ubezwłasnowolnienia  niegodny prawdziwego, dzikiego kota.


Historia trzecia (edytowana w czas pandemii): Święty Antoni a sprawa kocia

Historia trzecia (edytowana w czas pandemii A.D. 2020)

Z powodów, o których głośno nie należy mówić, żeby nie zwariować, zaczęłam szukać jakiegoś inspirującego zajęcia,  by nadać mojemu aktualnemu życiu nowych, zdrowych rumieńców. 

Pomysłów miałam kilka, w końcu wybrałam jeden. Będę RZUCAĆ! Zaczęłam natychmiast i od kopa rzuciłam alkohol. Zrobiłam to bez żalu, bo nigdy nie lubiłam ani nalewki na zielonych orzechach (obrzydliwy syfiur na dolegliwości żołądkowe), ani nalewki na francuskiej mięcie (obrzydliwy syfiur na dolegliwości niezdiagnozowane). Poczułam się tym sukcesem mocno zbudowana, więc w następnej kolejności rzuciłam zakupy w Zarze. Też bez żalu, bo promocja w sklepie online skończyła się dawno temu, a poza tym  ciuchów już nie potrzebuję, wystarczy mi zapas rolek folii spożywczej – myk, myk zastreczuje się człowiek od stóp do głów i może jechać po zakupy. Taka teraz moda do dupy niepodobna…
Następnie padło na fajki - parszywie drogie, na opakowaniach turpistyczne rzyg-rzyg obrazeczki, śmierdzą i na dodatek nie mogę palić przy Ptaszynie, bo mu dym szkodzi. I już, już miałam to świństwo ciepnąć z rozmachem, gdy przypomniałam sobie, że kiedyś podjęłam podobną próbę, osiągnęłam połowiczny sukces, a następnie całościową klęskę. No i zablokowało mnie trochę. Co prawda wina nie leżała  wówczas wyłącznie po mojej stronie, ale niemiłe uczucie niepowodzenia towarzyszy mi do dziś.
Wspomniane, nikotynowe Waterloo miało miejsce dawno, dawno temu, w odległej krainie, w czasach, gdy  standardowy skład rodziny rozszerzony był o Bunię – prawie dalmatynkę i bez mała foksteriera oraz kocura-podrzutka, który okazał się kocicą. Na dodatek tą kocicą okazał się być tak bardzo, że ku ogólnemu zaskoczeniu wyprodukował sześcioro kociąt.  Gdy tylko niemowlęta nieco obeschły, C.G.Kocica (kocur nosił imię Ciągle Głodna Kocica , w skrócie C.G.) natychmiast dokonała ich alokacji z klatki schodowej w naszą prywatną przestrzeń mieszkalną. Im bardziej maleństwa nabierały sił i masy, tym żwawiej postępowała ogólnodomowa demolka. Cztery podrostki dość szybko znalazły rodziny zastępcze, ale pozostała dwójka solidarnie rozdzieliła między siebie przydział ich czynności. Gdy już pogodziłam się z myślą o nieuchronności remontu generalnego, C.G. zdecydowała, że ona i dzieci wybierają wolność  na klatce schodowej,  ze swobodnym dostępem do terenów łowieckich oraz zieleni. Odetchnęłam.  Każdego ranka sprawdzałam tylko, czy mi się koci bilans zgadza. Zgadzał się, aż do pewnego dnia, gdy ze zgrozą przyszło mi stwierdzić:  Debet! Totalny debet! Kociąt zero a nawet minus dwa!  Kicianie i przeszukiwanie krzaków nie przyniosły rezultatu. Pozostało mi tylko jedno – święty Antoni,  niezawodny patron roztargnionych i niespójnych wewnętrznie czyli mój ulubiony, z którego usług korzystałam często, nieudolnie usiłując  nie nadużywać jego cierpliwości. Pomyślałam sobie jednak: „Jakże to tak! Do świętego z pustymi rękami inwokację wznosić!?  Nie uchodzi!”  Porządnej świeczki akurat nie posiadałam, a ogarek, jak wiadomo, dla kogo innego przeznaczony. Nie miałam wyjścia, musiałam zaproponować  handel wymienny. Skupiłam się więc  należycie i wysłałam  do Antoniego czołobitny komunikat: Najmocniej szanownego Świętego przepraszam, wiem że zawracam głowę, ale sprawa jest paląca! Kocięta mi wcięło! Dwie nieduże sztuki. Jeśli szanowny Święty byłby łaskaw pomóc mi je odzyskać, to ja w podzięce przestałabym palić! Stoi? No, to czekam. Pozdrawiam serdecznie. Amen.
Kolejka petentów do świętego musiała być w tym dniu dość długa, bo zwlekał  z odpowiedzią i zwlekał. W końcu usłyszałam:  Idź, ciemna białogłowo do garażu a  wyciągnij ze środka sierściuchy swe, które się tam zadekowały, gdy  facet, który jest twoim mężem, wyjeżdżał rano do pracy. I daj mi wreszcie spokój! No i nie pal!
Uff! Ulżyło mi! Wypuściłam na świat boży parkę głodną jak zając na przednówku i wywaliłam do kosza zaczętą paczkę papierosów. Umowa to umowa - nie odważyłabym się kopać z takim cennym wybawicielem. Minęło trochę czasu,  ja miałam świeższy oddech i w płucach mi nie świstało, a kocięta trzymały się grzecznie domu. Aż tu dnia pewnego wszystko zaczęło się od początku. Maleństwa przepadły! Garaż sprawdziłam zaraz na wstępie, Antoniemu przypominałam się sugestywnie, wielokrotnie  i natarczywie.  Ale nic! Żadnej reakcji!  Rozjuszyło mnie to z lekka, bo jak każdy niepalący palacz byłam dość nerwowa, więc niewiele myśląc walnęłam  z grubej rury: O, kochany święty panie Antoni! Nie tak, psiakość, żeśmy się umawiali! Ja przestałam palić, a ty mi kotów nie pilnujesz?! Nieładnie! 
Nie odpowiedział. Stres ogryzał mnie do gołej kości, więc żeby się ratować , pognałam do kiosku po L&M, lighty oczywiście, bo czerwone mi szkodzą. I żeby historię zakończyć dodam, że kocięta wróciły po paru  dniach wesolutkie, wypasione i pełne wrażeń. Za to ja zaliczyłam bolesną wtopę a nawet dwie – nie dość, że wróciłam do nałogu, to na dodatek święty Antoni nigdy mi nie wybaczył wiarołomstwa. Czasem jeszcze pomagał, owszem, ale tak na odwal się,  na pół gwizdka i bez entuzjazmu:  zapodziałam dokument – znajdowałam tylko zszywkę, zgubiłam portfel – wracał do mnie bilon oraz skasowany bilet etc. W końcu nasze kontakty mocno się rozluźniły. Niestety, tym w świetlistych wianuszkach na głowach  nie ma co fikać, nawet, jeśli rzecz idzie o sprawę kocią. Dlatego rzucenie fajek muszę teraz głęboko przemyśleć. Bo gdyby tak, nie daj Boże, Ptaszyna zaginął albo Nio się zawieruszyła, albo Bazylka przepadła to co? Ostatnią kartę przetargową sobie z ręki wytrącę? A tak, mogę ponownie spróbować negocjacji z Antonim, któremu po latach nerwy już się być może trochę uspokoiły, a i pamięć z wiekiem osłabła.


To zdjęcie czysto poglądowe. Koteły, owszem - moje, ale z innych czasów i od innej mamusi. Tyle, że ich liczba się zgadza - duża liczba.


 

Historia druga: C.G.Kott



edit

Historia pierwsza: Bubba



edit




Historia zerowa: Zwykły dzień

edit

Krateczka - to ta w kratkę, oczywiście. Szare, filozoficznie zgięte plecy to odwrotna strona Wrednosi, jej matki. Duże, czarne - Atos, jedyna prawdziwa miłość Wrednoty.



Daty pod zdjęciami bez sensu - po ładowaniu akumulatora zawsze wskakiwały fabryczne, a mnie nie chciało się zmieniać.