piątek, 30 października 2015

Historia czwarta: Czesław Miłosz (edytowane w czas pandemii - 02.11.2020)

Tak mi się przypomniało, gdy  tylko skończyłam na FB wymianę uwag na temat skomplikowanej osobowości kocicy imieniem Dzidka. A konkretnie przypomniał mi się jeden z dwóch kocurów, jakie kiedykolwiek życzyły sobie z  nami mieszkać. Reszta, tajemniczym zrządzeniem losu, zawsze była płci  żeńskiej. Ówże koteł, istota o niezwykle ciekawym życiu wewnętrznym, nosił imię Czesław Miłosz. Zbieżność imienia i nazwiska z naszym szacownym noblistą,  to rzecz  absolutnie przypadkowa i nienosząca znamion lekceważenia!  Broń Boże! Po prostu  już na pierwszy rzut oka poznałam, że Czesio ma na imię  Czesio, a ponieważ był bardzo miły, to na drugie przykleił mu się Miłosz. 
Czesław pochodził z wielopokoleniowej rodziny dzikich kotów zewnętrznych, o których mówiłam, że tylko u nas pomieszkują, choć tak naprawdę sama w to nie wierzyłam – cała czereda panoszyła się bowiem bez umiaru oraz poczucia przyzwoitości. Poczucie szacunku do człowieka – siebie mam tu na myśli – było im całkowicie obce, a jego braku doświadczałam codziennie, parkując po pracy samochód przed domem. Jeszcze nie zdążyłam wyłączyć silnika, a już słyszałam jak delikwent wyznaczony tego dnia do trzymania wachty, włączał alarm: „Bracia i siostry! Zbiórka! Garkuchnia przyjechała!” Ale, nic to! Jedźmy dalej.
 Czesław Miłosz był jeszcze w pieluchach, gdy stwierdził, że walka o byt to zajęcie stojące w jaskrawej sprzeczności z  wrodzonym mu pacyfizmem, więc postanowił się oswoić. Uznawszy, że nie ma się co certolić, bo pogoda niepewna, niezbędny proces adaptacyjny skrócił do jednego popołudnia. Okazał się istotą kryształowego charakteru, o dwornych manierach i wdzięcznej posturze, co pozytywnie wyróżniało go spośród reszty nachalnej zgrai. Jako dziki-oswojony kot zewnętrzny otrzymał przywilej wolnego wstępu do domu, z czego korzystał z przyjemnością, lecz bez przesady. Wpadał na chwilkę, poczęstowany podwieczorkiem lub małym aperitifem zawsze mył po sobie miseczkę, później pucował własne futerko, dla towarzystwa ucinał krótką drzemkę i znikał po angielsku. Gdy skończyła się reumatyczna jesień i nastała luta zima, z dobrego serca zaczął przyprowadzać ze sobą także i przyrodnią, młodszą siostrzyczkę - Jełopinkę, strasznie niegramotne, spanikowane i roztrzęsione stworzenie. Jełopinka na widok człowieka zamykała oczka i wciskała główkę pod pachę Czesława, wierząc, że to najlepszy sposób na osiągnięcie formy pełnej niewidzialności. Powszechnie przecież wiadomo, że pierwsza zasada filozoficznej teorii kociego przetrwania brzmi: "Jeśli ja nie widzę ciebie, to i ty mnie nie widzisz!".
Gdy minęły mrozy przestała towarzyszyć Czesiowi, bo w przeciwieństwie do starszego braciszka udomowienie uznawała za stan ubezwłasnowolnienia  niegodny prawdziwego, dzikiego kota.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz