Tak mi się przypomniało, gdy tylko skończyłam na FB wymianę uwag na temat
skomplikowanej osobowości kocicy imieniem Dzidka. A konkretnie przypomniał mi
się jeden z dwóch kocurów, jakie kiedykolwiek życzyły sobie z nami mieszkać. Reszta, tajemniczym
zrządzeniem losu, zawsze była płci
żeńskiej. Ówże koteł, istota o niezwykle ciekawym życiu wewnętrznym, nosił
imię Czesław Miłosz. Zbieżność imienia i nazwiska z naszym szacownym noblistą, to rzecz absolutnie przypadkowa i nienosząca znamion
lekceważenia! Broń Boże! Po prostu już na pierwszy rzut oka poznałam, że Czesio ma
na imię Czesio, a ponieważ był bardzo
miły, to na drugie przykleił mu się Miłosz.
Czesław pochodził z wielopokoleniowej rodziny dzikich kotów zewnętrznych, o
których mówiłam, że tylko u nas pomieszkują, choć tak naprawdę sama w to nie
wierzyłam – cała czereda panoszyła się bowiem bez umiaru oraz poczucia
przyzwoitości. Poczucie szacunku do człowieka – siebie mam tu na myśli – było
im całkowicie obce, a jego braku doświadczałam codziennie, parkując po pracy
samochód przed domem. Jeszcze nie zdążyłam wyłączyć silnika, a już słyszałam
jak delikwent wyznaczony tego dnia do trzymania wachty, włączał alarm: „Bracia
i siostry! Zbiórka! Garkuchnia przyjechała!” Ale, nic to! Jedźmy dalej.
Czesław Miłosz był jeszcze w pieluchach,
gdy stwierdził, że walka o byt to zajęcie stojące w jaskrawej sprzeczności
z wrodzonym mu pacyfizmem, więc
postanowił się oswoić. Uznawszy, że nie ma się co certolić, bo pogoda niepewna,
niezbędny proces adaptacyjny skrócił do jednego popołudnia. Okazał się istotą
kryształowego charakteru, o dwornych manierach i wdzięcznej posturze, co
pozytywnie wyróżniało go spośród reszty nachalnej zgrai. Jako dziki-oswojony
kot zewnętrzny otrzymał przywilej wolnego wstępu do domu, z czego korzystał z
przyjemnością, lecz bez przesady. Wpadał na chwilkę, poczęstowany
podwieczorkiem lub małym aperitifem zawsze mył po sobie miseczkę, później
pucował własne futerko, dla towarzystwa ucinał krótką drzemkę i znikał po
angielsku. Gdy skończyła się reumatyczna jesień i nastała luta zima, z dobrego
serca zaczął przyprowadzać ze sobą także i przyrodnią, młodszą siostrzyczkę -
Jełopinkę, strasznie niegramotne, spanikowane i roztrzęsione stworzenie.
Jełopinka na widok człowieka zamykała oczka i wciskała główkę pod pachę
Czesława, wierząc, że to najlepszy sposób na osiągnięcie formy pełnej
niewidzialności. Powszechnie przecież wiadomo, że pierwsza zasada filozoficznej
teorii kociego przetrwania brzmi: "Jeśli ja nie widzę ciebie, to i ty mnie
nie widzisz!".
Gdy minęły mrozy przestała towarzyszyć Czesiowi, bo w przeciwieństwie do
starszego braciszka udomowienie uznawała za stan ubezwłasnowolnienia niegodny prawdziwego, dzikiego kota.
piątek, 30 października 2015
Historia czwarta: Czesław Miłosz (edytowane w czas pandemii - 02.11.2020)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz